niedziela, 7 października 2012

Wszystko zależy.


Wyobraźmy sobie sytuację, w której nasz potencjalny dyskutant wykłada swoje racje i popierające jego teorię przykłady, pocąc się by zagiąć nas słusznością swojego zdania. A teraz my, wygodnie rozparci w fotelu wykonujemy szach-mat na szachownicy polemiki i mówimy: „Wiesz… To wszystko zależy.”

Ten argument, a raczej riposta jest bronią uniwersalną, powszechnie stosowaną, powiązaną z wyjątkami odbiegającymi od normy, a nade wszystko irytującą.

Weźmy pod uwagę hipotetyczną sytuację. Nasz słowny przeciwnik próbuje dowieść prawdziwości teorii dotyczącej skłonności ludzi do oceniania innych po wyglądzie. Uniwersalność argumentu „zależności” polega na tym, że możemy go wykorzystać w niemalże każdej dyskusji, także w tej.
W momencie gdy wysłuchamy przemówienia rzucamy wspomniany wcześniej argument co często wzbudza w naszym dyskusyjnym konkurencie irytację. Trudno się dziwić by po maratonie faktów popierających słuszność teorii choć trochę się nie zdenerwować gdy ktoś dwoma słowy obala naszą rację. Obala to za duże słowo. Powiedzmy, że podważa. 

Irytacja stopniowo i sukcesywnie wzrasta gdy rywal popiera te dwa słowa przykładami. I tu mamy do czynienia z powiązaniem „to zależy” z wyjątkami. Podaje się osobę, która tak nie myśli/robi/żyje/postępuje. I na nic się nie zda przysłowie „Wyjątek potwierdza regułę” bo przedstawiona osobistość nie jest osamotniona w swojej, można by rzec, odmienności.

Argument „zależności” jest powszechny, przez niektórych stosowany z wielkim upodobaniem. Umiejętnie stosowany może napędzać dyskusję, jego nadmiar to broń ucinająca ją. Wszyscy wtedy pochylają głowy i stwierdzają, że to wszystko zależy, nie dochodząc przy tym do żadnego, odkrywczego wniosku.
Według mnie zależność dotyczy prawie (a może bez prawie) wszystkiego. Posiadacz takiej wiedzy (w sumie wszyscy ją mamy, ilu z nas jej używa?) plusuje otwartością horyzontów i dystansem do swoich poglądów. Niestety, niektórzy stosują te dwa magiczne słowa tylko po to by podważyć czyjeś zdanie bez względu na to czy zawiera w sobie chociażby mały procent słuszności. Jakże często nie zauważają, że ich racje można poddać w wątpliwość w bardzo podobny sposób.

Używanie „broni zależności” nie jest więc karygodne tylko (o ironio!) zależne od m.in. człowieka, który nim operuje. Wielu z nas spotkało się z zastosowaniem tego argumentu wypowiedzianego takim tonem, że można by go porównać do: „No wiesz, w sumie to niby racja, ale tak naprawdę jesteś głupi, a twoje racje beznadziejne”. Co zrobić z takim fantem? Użyć tej samej broni po wysłuchaniu jego poglądów i odbić piłeczkę w drugą stronę.

To tylko iluzja.


   Poruszamy się w świecie kłamstw. Dużo osób z pewnością skwapliwie przyznało by mi rację. No tak, w końcu ktoś powiedział na głos, że otaczają nas oszuści! Jednak wielu zmieniłoby zdanie słysząc, że większość z tych fatamorgan tworzymy sami. Mało tego; nie są one dla innych ale dla nas.

Życie jest chwilą ciszy w muzyce, tym pięknym momentem oczekiwania na dalsze akordy, niekojarzony z niecierpliwieniem, ale radosnym przeczuwaniem, że dalsza melodia będzie jeszcze wspanialsza. To chwila nicości, w której dzieje się wszystko…

Przejmujemy się śmiercią, a to chyba życie sprawia więcej trudności. „Carpe diem” to umiejętność, którą posługują się, jak dla mnie, nieliczni szczęśliwcy. Więcej czasu spędzamy w naszej głowie niż w teraźniejszości. Myślimy o przeszłości i przyszłości, oddychając wspomnieniamy i obijając się bezradnie o rzeczywistość. Albo kiedyś było lepiej dlatego teraz jest źle, albo teraz jest dobrze, ale pewnie będzie gorzej; oto nasze recepty na chwilę obecną. Szkoda, że nie mają z nią nic wspólnego. Więc jak bardzo nasza teraźniejszość jest iluzją budowaną na niespełnionych marzeniach i nic nie wartych (uogólniając) wspomnieniach? Nie uważam, że nie można odnosić teraźniejszości do np. przeszłości ale patrząc na to trzeźwym okiem mają one tyle wspólnego co zdechły kot z żywą myszą. Mysz nie zostanie zjedzona, więc po co wpychać ją do martego kota – tylko zaśmiardnie trupem.

Moje przemyślenia pewnie wywołałyby (wywołają?) sprzeciw. Przecież przeszłość to wielka księga wiedzy, ucząca doświadczenia! Dzięki niej nie popełniamy dwa razy tego samego błędu itp. Przeszłe wydarzenia nie są całkowicie bezwartościowe ale prawdopodobieństwo wystąpienia bardzo podobnych, dwóch sytuacji jest niskie. Nawet gdyby tak było to nadmieniam, że mamy tendencję aby ten sam błąd popełniać dwa razy, czasami trzy – tak, dla całkowitej pewności. Kolejną wadą tkwienia w przeszłości to skłonność do bajkopisarstwa. Opierając się na wydarzeniach z przeszłości „dorobiamy” sobie dalszą historię teraźniejszości. Prosty przykład – w przeszłości ktoś nie uszanował mojego zaufania dlatego wszyscy, którzy chcą mnie zbliżyć nie zasługują na nie. W sumie nie wiadomo dlaczego, ale co mi tam, zamknę się na wszystkich. Jak często takie założenie jest nieprawdziwe wobec ludzi ubiegających się o naszą sympatię? 

A teraz zastanówmy się nad naszymi podróżami do przyszłości. Zazwyczaj są one dalekie i… niespełnione. Jeżeli chodzi o przyszłość lubimy sobie wyobrażać. Niestety, wyobraźnia nie jest w tej kwestii naszym sprzymierzeńcem ale prawdziwym mątaczem. Poznając kogoś interesującego dla nas za dużo myślimy. Nie dajemy możliwości poznania człowieka tylko tworzymy nasze wyobrażenie o nim. To strasznie smutne, że nie umiemy słuchać, patrzeć i badać obiekt sympatii/przyjaźni/koleżeństwa. Siedzimy ciągle w naszej głowie i piszemy scenariusze, które nigdy nie będą miały miejsca. Bo, co jak co, ale często rozczarowuje nas prawdziwy bieg wypadków. Nagle okazuje się, że impreza jest nudna, a obiekt naszych uczuć nie odgrywa swojej roli. Po co więc się rozczarowywać? Dajmy się po prostu zaskoczyć.

Wiara podobno czyni cuda. Sądzę, że dużo w tym prawdy, którą codziennie podtrzymują zachowania otaczających mnie ludzi. Lubimy szukać prawidłowości; to w jakimś sensie zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Sami sobie gotujemy efekt Placebo w trochę zmienionej formie bo wkładając sobie fałszywą tabletkę do ust z uśmiechem zapewniamy, że to właśnie medykament na szczęście.

Pesymiści są ciekawsi?


Szklanka jest do połowy pełna czy pusta? Znacie te pytanie? Sposoby bycia pesymistów i optymistów są jak dwa przeciwległe bieguny, a społeczeństwo „wymaga” od nas byśmy z którąś z tych dwóch grup się zkonsolidowali. Gdyby generalizacja miała rację bytu, podzielilibyśmy człowieczeństwo na pół i powkładali do odpowiednich szufladek. Pytanie; czy wtedy taki skrajny pesymista lub niepoprawny optymista odnalazłby się w naszej codzienności? Który z nich przeżyłby dłużej? Pierwsza moja myśl pokładała większe nadzieje w pesymiście – przecież życie jest brutalne, lepiej zachować dystans i nie liczyć na zbyt wiele. Po chwili moja wyobraźnia dokonała uśmiercenia pesymisty. Chyba taki całkowity czarnowidz zabiłby się szybko. I pozamiatane.

Moim zdaniem żadna skrajność nie jest wskazana. Nie propaguję też ideii „złotego środka”. Jeżeli wyobrazimy sobie oś liczbową i przydzielimy skalę pesymizmu do liczb ujemnych, a optymizmu odwrotnie, zgodnie z zasadą „złotego środka” staniemy się po prostu… zerem. Tak, ta liczba ma najlepsze warunki do tego by obserwować innych, co z tego gdy pozostaje tak maksymalnie neutralna. Chyba warto pochylić się w którąś ze stron, by móc w każdej chwili powrócić do dobrego punktu obserwacyjnego, lecz z drugiej strony coś sobą wyrażać. 

W tej twardej pozycji liczby zero umieściłabym przedstawicieli realizmu. I tak, jak ciężko jednoznacznie sklasyfikować kogoś do optymistów lub pesymistów, nie znam skrajnego realisty. Dla mnie, każde z tych trzech stanowisk, w czystej formie, jest niemożliwe do osiągnięcia. Dlaczego? Chyba każdy człowiek noszący różowe okulary był smutny, podobnie defetysta był kiedyś, choć przez chwilę szczęśliwy. Ciężko mi powiedzieć, które stanowisko jest najlepsze. Każde ma wady i zalety, na wszystkie z nich możemy patrzeć pod różnym kątem i z odmiennym nastawieniem i doświadczeniami.

Nie wiem dlaczego, ale zawsze miałam lekką słabość do pesymistów; szczególnie tych książkowych. Moimi faworytami są Kłapouchy i Błotosmętek. Co ciekawe, postaci te, w niektórych momentach, wykazywały cechy leżące w sprzeczności z pesymizmem. Kłapouchy, który widzi świat w czarnych barwach, potrafił ucieszyć się z drobiazgów (nieszczęsny, pękniety balonik jako prezent od Prosiaczka). Błotosmętek z kolei, ku memu szczeremu zdziwieniu, nie stracił nadziei w bezpośrednim starciu z Białą Czarownicą (wredne babsko). Z tego co pamiętam, to właśnie on nie dał sobie wmówić, że nie istnieje dobro, kierując się logicznym rozumowaniem, a nie optymizmem. Obydwaj bohaterowie mają w sobie dozę duszy filozofa.

Pesymiści; ci za którymi przepadam, podchodzą do życia z lekkim cynizmem, dobrze wysublimowaną ironią. Warto dodać, że chodzi mi o inteligentnych ludzi, a nie osoby narzekające na brak miłości nieadekwatnie do ilości doświadczeń z nią związanych. Moi ulubieńcy to persony, które potrafią zauważyć ciekawe ubytki w nieskazitelnym obrazie optymistów. W dodatku, często, lepiej znoszą porażki, przyjmując je z charakterystycznym dla siebie dystansem do niepowodzeń.

Uważam, że smutek jest o wiele bardziej przejmujący niż radość. Gdy jesteśmy szczęśliwi (przynajmniej ja) nie pozostaje nam zbyt wiele miejsca do zastanawiań. Jest nam dobrze i tyle. Smutek to bardziej wyrafinowany towarzysz, przynajmniej jedna z jego odmian. Zawiera w sobie dozę sentymentalizmu, coś, przez co powstawały najpiękniejsze dzieła. Dla mnie to emocja artystów, uczucie zmieniające sposób myślenia, wbrew pozorom wymuszające na nas zmiany, rewolucjonizujące nasz mały świat, a może nawet i duży.

Zauważyłam, że optymizm w obecnych czasach jest lepiej sprzedajny. Optymistów kojarzę z dużą energią życiową, wielką siłą do robienia kolejnych kroków. Energia i witalność to wymagania potrzebne reklamie, może dlatego „pozytywne myślenie” jest lepiej sprzedajne, powszechniejsze i zbierające rzeszę wyznawców. Weżmy pod uwagę słynną w kraju i za granicą książkę „Sekret”. Przy samym czytaniu czuć „kopa” skłaniającego do zmiany myślenia i podejścia. Nie wiem ile prawdy w tym co pisze autorka (w sumie autorzy) jednak sam wygląd owej pozycji literatury i sposób zwracania się narratora do czytelnika (bezpośrednio) nie pozostawia wątpliwości – treści „Sekretu” są nastawione na ilość sprzedanych sztuk.

Wcale nie dziwię się, że optymizm to bardziej propagowane nastawienie. Szefowie wielkich korporacji, podobnie jak i małych przedsiębiorstw wolą uśmiechniętych, pełnych nadziei  i energicznych pracowników. Niestety, pesymiści są kojarzeni z flegmatyzmem, powolnością, gburowatością i posępnością. Pogoń za karierą wymaga śnieżnobiałego uśmiechu w zestawie z czerwonymi szpilkami. I akurat, jeżeli chodzi o funkcjonowanie w ogólnie pojętym życiu, optymiści wypadają lepiej, chociażby powierzchownie- uśmiech jest zawsze bardziej merkantylny.

Może pesymiści są bliżsi mojemu sercu ponieważ nie lubię wielu rzeczy, które są komercyjne. Jednak nie obracam się tylko w gronie ponuraków; znam wiele ciekawych i wartych znajomości optymistów, od których dużo się uczę. A sama kim jestem? Mimo, że znam siebie ponad 19 lat, naprawdę mało o sobie wiem. W dodatku jestem kobietą co komplikuje sprawę jeszcze bardziej. W każdym razie to od nas zależy czy szklanka jest do połowy pusta czy do połowy pełna czy może to po prostu zwykła szklanka z wodą.

Właśnie, a szklanka i tak się zbije! – pesymista.

Czy Wszechwiedzący mogą się pokłócić?


   Znacie to uczucie? Irytujące, rozpraszające, zaprzątające myśli… I gdy myślisz, że już prawie jesteś w stanie racjonalnie zripostować, dostajesz prawy sierpowy od własnego mózgu. Przedstawiłam w skrócie jak wygląda sprawa z „trudnymi pytaniami”. I jak w przypadku zadań z matmy potrafię je z czystym sumieniem pozostawić bez odpowiedzi, tak w przypadku zagadnień natury filozoficznej nie obejdzie się bez odzewu, a na pewno nie bez przemyśleń.

Czasami zazdroszczę ludziom, którzy nie zastanawiają się nad pytaniami tego typu. Być może to najbardziej proste jednostki, ale zdaje mi się, że mają łatwiej. Żyją i tyle. Żyją, żyją, żyją i umierają. Umierają i tyle. Wtedy już im współczuję. Ale miałam poruszyć (bo czy na nie odpowiem?) pytanie tytułowe więc się za to biorę.


Wszechwiedzący, którzy wiedzą ABSOLUTNIE wszystko posiadają nieograniczoną wiedzę. Wiedzą, który wybór będzie lepszy, jak żyć wiecznie, znają receptę na miłość idealną, zakończenie liczby pi, potrafią rozwiązać każde zadanie i problem istnienia Boga. I wierzcie, ale przesadziłam. Chociażby z przykładem życia wiecznego – z pewnością wiedzą czy jest ono możliwe i być może są w stanie spełnić wymogi konieczne do nieśmiertelności  ale nie wiadomo czy mogą. Są tylko (aż!) Wszechwiedzącymi, a nie Wszechmogącymi. Taki wszechogarniający intelekt daje wielkie możliwości poznawcze, lecz, śmiem twierdzić, że nie jest wystarczającym kryterium dopełniającym cel. Jeżeli byśmy posiadali wiedzę nieograniczoną, nie oznaczałoby to, że wszystko jest możliwe.


Bierzemy na warsztat dwóch Wszechwiedzących – czy są oni w stanie się o coś pokłócić? Na początek zadanie matematyczne. Byłoby ciężko bo wynik, z tego co mi wiadomo, jest niezmienny. Nasuwa się pytanie czy wiedza jest zmienna, czy wiedza jest jedyna i co za tym idzie; czy prawda jest jedyna? Taki właśnie jest urok rozkminek filozoficznych, że łatwo się rozmnażają gdy się o nich myśli. Wracam do tematu i biorę teraz pod uwagę trochę trudniejszy przykład; czy recepta na szczęście jest taka sama dla każdego? Nawet jeżeli istnieje parę rozwiązań, Wszechwiedzący o nich wiedzą. Wiedzą też, że, czysto teorytycznie, jeden przepis na szczęście jest najlepszy dla pewnej jednostki, inny dla kolejnej. Możemy założyć iż nie ma rozwiązania najlepszego bo każde jest dobre. Wszechwiedzący to wiedzą; czy są w stanie się o to pokłócić?


I tu wchodzi kwestia gustu. Właśnie, które rozwiązanie spodobałoby się danemu Wszechwiedzącemu? Jeżeli nie ma rozwiązania jedynego, które jednocześnie jest tym najlepszym, myślę, że dany temat mógłby stać się kwestią sporną. Ale… zaraz, zaraz, po co się kłócić skoro wiemy, że ktoś ma odmienne zdanie, wiemy, co nam odpowie i wiemy jak taka dyskusja się zakończy? Zwykły śmiertelnik, gdy zna kogoś na tyle dobrze, wie co dana osoba ma do powiedzenia na wybrany temat. W sumie sygnalizujemy to już na początku dyskusji nawet w rozmowie z nieznajomym, a zabawa polega na tym, że nie potrafimy przewidzieć argumentów. Czy kłótnia ma sens gdy wiemy jakie riposty wysunie nasz dyskusyjny przeciwnik? Dla mnie nie ma, szczególnie, że dobrze znam jej zakończenie.


Przejdźy więc dalej, w stronę uczuć – one z łatwością spełniają rolę mechanizmu wywołującego kłótnie. A więc, czysto teoretycznie Wszechwiedzący pokochał Wszechwiedzącą, a ona go nie chce. Jesteśmy zmuszeni się cofnąć po osi życia tego delikwenta. Dlaczego? Bo on WCZEŚNIEJ wiedział, że się zakocha, i że zostanie odrzucony. Z pewnością rozważył czy istnieje możliwy do realizacji sposób na uniknięcie tego uczucia. Nasuwają mi się na myśl kolejne pytania – czy taki syn Wszechwiedzy może zmieniać przyszłość i co ważniejsze własne/cudze emocje? Z pewnością on to wie, ja mogę sobie tylko rozważać. Zastanawiam się czy myśli takiego Wszechwiedzącego są wybiórcze czy raczej cała wiedza go od razu przytłacza i nie ma możliwości manipulowania nią. Załóżmy, że może w niej dowolnie „przebierać” i nie jest w stanie uniknąć uczuć. Mamy to wyjaśnione, co prawda, hipotetycznie, ale teraz mogę dociec co z tym zakochanym Wszechwiedzącym.


Wszechwiedzący i Wszechwiedząca nie mają kontroli nad miłością więc jeżeli sprawa z góry jest przegrana, nie wydaje się być racjonalnym podejmować kroki do zawładnięcia sercem wybranki. Tak z mojego punktu widzenia w świecie Wszechwiedzących nadzieja po prostu nie istnieje. Nie mając wpływu na własne emocje nasza nieograniczona pod względem wiedzy istota może odczuć gniew, złość, a nawet nienawiść i zazdrość. Targana uczuciami chce zrobić komuś coś przykrego, być może właśnie niedoszłej miłości – Wszechwiedzącej. Ta chodząca encyklopedia może się dowiedzieć o niecnych zamiarach odrzuconego wielbiciela i się, delikatnie mówiąc, zdenerwować. Emocjom negatywnym daje się upust więc wiedząc, nie wiedząc, myślę, że Wszechwiedzący dostałby za swoje w paru niepochlebnych słowach pod jego adresem. Może doszłoby do kłótni?


Poruszony przeze mnie temat pozostawia wiele pytań i sprawa na dobrą sprawę nie jest rozwiązana. Przynajmniej jak dla mnie. Próbując odpowiedzieć na pytanie tytułowe notki doszłam do kilku wniosków; między innymi dotyczącego wartości takiej nieograniczonej wiedzy. Wydawać by się mogło, że bycie Wszechwiedzącym to pasjonujące doświadczenie, cudowny dar. Za taką umiejętność płaci się jednak wysoką cenę. W życiu Wszechwiedzącego nie ma miejsca na nadzieję, na ryzyko, na ekscytację, niepewność, satysfakcję i wiele innych. Po co wszystko wiedzieć i tym samym pozbawiać się doznań przeciwdziałąjących nudzie? Wszechwiedzący muszą mieć naprawdę monotonne życie. Tylko siedzieć i… wiedzieć.

Zmiany.


   Kto z nas nigdy nie pragnął czegoś zmienić? Podejrzewam, że każdego człowieka naszła kiedyś ochota na jakąkolwiek przemianę; zaczynając od wyglądu, skończywszy na rewolucji dotyczącej sposobu życia. Dlaczego chcemy się zmieniać, czemu wciąż szukamy kwestii nadającej się do poprawki, w jakim celu wytyczamy nowe kryteria i próbujemy upchnąć w nich… właśnie… co? Doskonałość? Nadzieję na lepsze jutro? Po co nam „przemeblowywanie” nas samych i naszego życia?

Lubimy mówić o zmianach, chętnie o nich myślimy i je planujemy. Często tylko na tym się kończy;braknie motywacji by doprowadzić ową zmianę do końca. Jednak czy na pewno mowa tu o słomianym zapale? Z mojej perspektywy i doświadczeń wygląda to tak, że temat przekształceń najlepiej wygląda w stanie niespełnionym. Większość z ludzi, których spotkałam to marzyciele; już samo wyobrażenie o powoływaniu do życia wspaniałych rewolucji, o skutkach, które one przyniosą wydaje się być bardzo atrakcyjne. Może nawet bardziej niż realne kroki prowadzące do tych nowości?


W rzeczywistości wszystko jest trudniejsze, podejmowanie kroków, mających przynieść zmiany to ciężka harówka, w dodatku pozbawiona bankowego sukcesu. Nie lubimy ryzykować; łatwiej i przyjemniej pozostawać w idyllicznej wizji świata marzeń niż wprowadzić je w życie realne, najeżone przeszkodami i niepewnościami.


Co zrobić w sytuacji, w której jakiś aspekt życia, nas samych przeszkadza na tyle dotkliwie, że zmiana jest wręcz pożądana? Otóż zmienianie czegokolwiek nie jest proste. Bynajmniej nie mówię tu o metamorfozie wyglądu zewnętrznego ale poruszam głębsze kwestie. Załóżmy, że chcemy zmienić naszą nieufność wobec ludzi, nasz tryb życia, pragniemy pozbyć się naszej zazdrości, podejrzliwości, mamy ochotę na to by oddzielić się od przeszłości, od wspomnień i uczuć z nimi związanych.


Nasze życie obfituje w doświadczenia i rzadko kiedy ustosunkowujemy się do tych pozytywnych. Gdy spotyka nas coś złego, krzywda, niesprawiedliwość często opracowujemy, świadomie czy nie, taktykę na obronę w przyszłości. Istnieje w tym pewna słuszność; kto by chciał przeżywać coś nieprzyjemnego po raz kolejny? Niestety, nasze taktyki, sposoby obrony często pozostawiają wiele do życzenia. Cóż, strach nie jest najlepszym doradcą, a obawa i niepewność nie są zespołem świetnych doradców życiowych.


W dodatku wychodzenie z wpojonych przyzwyczajeń wymaga wiele samozaparcia. Jeżeli przez X lat zachowywaliśmy się w określony sposób i udawało nam się „przetrwać” stwierdzamy, że zmiana byłaby mile widziana, ale niekonieczna. Oczekiwalibyśmy bardziej pozytywnego skutku końcowego bo „przetrwać” nam się udało. Szkoda tylko, że efekt końcowy naszego egzystowania nie był zbytnio satysfakcjonujący.


Kolejny problem – jeżeli już odważymy się na modyfikowanie problematycznego obszaru jak mamy się do tego zabrać? Zmiana fryzury nie jest czymś trudnym, pytanie jak ona się ma ze zmianą naszego podejścia, a co za tym idzie sposobu myślenia. Mięśnie potrafimy wyćwiczyć, mało kto sprawuje kontrolę nad mózgiem. Właśnie, jak przejąć nad nim kontrolę skoro na dobrą sprawę to on spełnia rolę insektora naszego życia, ale przede wszystkim naszych myśli.


Tak z mojego punktu widzenia, boimy się nowości. Zauważyłam, że z każdą wiążą się, najczęściej, obawy. Weźmy znów błahy przykład zmiany fryzury. Boję się, że kolor nie wyjdzie, boję się reakcji innych, boję się, że będę wyglądać jak skończony idiota/idiotka. Znacie to? Ciężko to odnieść do głębszych przykładów, ale kto wie, może właśnie mechanizm działania jest podobny. Bo, i tu każdy powinien odpowiedzieć sobie sam, wybralibyśmy miłość czy może poczucie stabilności i bezpieczeństwa?